– Gdy przyszedłem do Zagłębia, to mówili „młody, utalentowany”. Tymczasem dziś powiedzieliby pewnie „zawodnik do gry”. Teraz w lidze debiutują nastolatki, ale na początku lat 90. zdarzało się to bardzo rzadko. Mając 21 lat na karku, uchodziłem więc za młodziaka – uśmiecha się.

Czerwiec trafił do Zagłębia Sosnowiec z Victorii Jaworzno. Wcześniej taką samą drogę pokonał Jan Urban, więc nic dziwnego, że oczekiwania były podobne. – Chrapkę miał też wtedy na mnie Hutnik Kraków. Zagłębie już się wtedy mocno chwiało, ale to jednak była pierwsza liga. Byłem jej bardzo ciekawy. Hutnik grał o klasę niżej. To zadecydowało – wspomina.

Biegamy z palców

Czerwiec grał wcześniej tylko w czwartej lidze, ale do rywalizacji z najlepszymi był przygotowany. – W Victorii wiele dla mnie znaczył trener Mirosław Gajdek. Mieszkaliśmy na jednym osiedlu, więc miał na mnie oko. Nie tylko podczas treningów. Zwracał mi uwagę na wiele rzeczy. Chociażby na to, żeby biegając nie odbijać się z pięt, tylko z palców. Kiedyś dorwał mnie pod blokiem, gdy jeździłem na rowerze. I też zaczął mówić, że na pedały mam stawiać palce, a nie pięty. Dobry człowiek. Już w tamtych czasach wiele mówił o diecie. O tym, żeby się zdrowo prowadzić. Nigdy nie oszczędzałem się na treningach, a najbardziej ceniłem sobie zajęcia indywidualne. Wiadomo, jak to jest. Gdy trening zespołu trwa godzinę, to przynajmniej połowa tego czasu, to oczekiwanie na wykonanie jakiegoś ćwiczenia. Gdy pracujesz przez godzinę sam, to zasuwasz przez godzinę – opowiada.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej