Opuściłem jedną rundę, a ominęła mnie możliwość współpracy z aż czterema trenerami. Zagłębie pokazało w tym czasie charakter. Straciliśmy wiele punktów, ale zapewniam, że mniej doświadczony zespół pogubiłby się zupełnie - mówi Michał Fidziukiewicz, napastnik Zagłębia Sosnowiec.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zagłębie wypatrzyło go w barwach Koninklijke Bocholter VV – trzecioligowca z Belgii. W tym zespole rozegrał 61 meczów, strzelając 34 bramki, a także odnotował 25 asyst. Malkontenci marudzili, że to tylko trzecia liga, ale Fidziukiewicz zaczął strzelać jak na zawołanie także w pierwszej lidze. W minionym sezonie zdobył dla Zagłębia 14 bramek (w lidze i Pucharze Polski) i zapracował na miano najlepszego strzelca drużyny. Kibice pokochali go za przebojowe rajdy i potężne uderzenia z dystansu.

Niestety przed rozpoczęciem tego sezonu okazało się, że Fidziukiewicz musi poddać się operacji stawu biodrowego. Zabieg się udał, a 26-letni zawodnik z Białegostoku jest coraz bliższy powrotu na boisko.

Wojciech Todur: Co porabia Michał Fidziukiewicz w środku zimy?

Michał Fidziukiewicz: – Walczy o to, żeby w dobrej formie wrócić wiosna na boisko.

Jakbyś nazwał ten etap „walki”?

– Na pewno nie jest to już żadne leczenie, czy rehabilitacja. To już żmudna, często siłowa praca, która ma na celu przede wszystkim wzmocnienie stawu, który był kilka miesięcy temu operowany.

Najwięcej czas poświęcam właśnie kontuzjowanemu biodru. Staram się je maksymalnie wzmocnić. Cyklicznie jeżdżę do Warszawy, gdzie pracuje mój fizjoterapeuta. Konsekwentnie realizuję plan naprawczy.

Dużo biegam, ćwiczę na siłowni. Wrócę silniejszy.

Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem to przerwa bez ligowej piłki sięgnie dziewięciu miesięcy. Dużo.

– Za dużo. Do tej pory miałem to szczęście, że poważne urazy mnie omijały. Przytrafiały się, jakieś mniejsze kontuzje, ale zazwyczaj po kilku tygodniach wracałem do gry. Zdawałem sobie jednak sprawę, że to kwestia czasu aż i mnie coś dopadnie. Aż takim szczęściarzem to ja nie jestem.

No i stało się. Dziewięć miesięcy bez ligowej adrenaliny to dużo. Szczęść miesięcy bez treningów również dało mi się we znaki. Czujesz się tak jakbyś z dnia na dzień stracił coś ważnego. Coś na czym ci naprawdę zależy. Ale są i dobre strony tej kontuzji i przerwy od piłki. Poznałem swój organizm. Specjaliści podpowiedzieli mi co dotąd robiłem źle. Pokazali, gdzie tkwią moje rezerwy. Tak więc nie jest to tak do końca stracony czas. Wrócę silniejszy.

Plan zakłada, że wrócisz do treningów z zespołem, ale w sparingach nie będziesz grał od razu. Dlaczego?

– Po konsultacji z lekarzami uznaliśmy wspólnie, że nie ma co się spieszyć. Dostałem zielone światło. Mogę dołączyć do zespołu, ale po takiej przerwie lepiej zrobić to na spokojnie. Na początku nie będę więc brał udziału w treningowych gierkach. W sparingach zacznę grać dopiero w lutym. Będzie więc jeszcze dość czasu, żeby przygotować się solidnie do ligowego grania. Można dużo pracować indywidualnie, ale nic nie zastąpi rywalizacji. Grania pod presją.

Dobre jest to, że od pierwszego treningu pod wodzą nowego trenera Dariusza Banasika będziesz już piłkarzem do pracy, a nie rekonwalescentem.

– Zależało mi na tym, żeby wrócić do pracy właśnie od pierwszego treningu przed rundą wiosenną. Gdy lekarze zdiagnozowali mój uraz, to naciskałem na to, żeby operacja odbyła się jak najszybciej. Nie chciałem tracić nawet dnia na czekanie. Fajnie, że będę mógł się przywitać z nowym trenerem, a potem przebrać się i wyjść na boisko. Czekam na tę chwilę, gdy znowu wejdę do szatni, ale nie jako gość, kolega, a pełnoprawny członek zespołu. Bardzo mi tego brakuje.

W czasie rundy jesiennej pewnie zastanawiałeś się, jak będzie wyglądał ten pierwszy trening i z którym trenerem się wtedy przywitasz...

– Opuściłem jedną rundę, a ominęła mnie możliwość współpracy z aż czterema trenerami. Nie grałem dla Jacka Magiery. Nie grałem dla Jarosława Araszkiewicza i Tomasza Łuczywka. Nie zagrałem też wreszcie dla Piotra Mandrysza. Szalona runda – szczególnie, gdy bierze się pod uwagę te wszystkie trenerskie roszady. Czterech trenerów w ciągu kilku miesięcy – tak częste zmiany musiały się odbić na dyspozycji drużyny.

Obserwowałem to z boku i jestem pod wrażeniem, że zespół tak dobrze ten czas przetrwał. Kibice mogą tego do końca nie rozumieć, ale każda zmiana trenerska pociąga za sobą szereg konsekwencji. Każdy trener ma inny pomysł na grę. Inne schematy. Stara się dotrzeć do drużyny na swój sposób.

Potrzeba czasu, żeby to zagrało. Zagłębie pokazało w tym czasie charakter. Straciliśmy wiele punktów, ale zapewniam, że mniej doświadczony zespół pogubiłby się zupełnie. My natomiast wciąż jesteśmy w ścisłej czołówce i liczymy się w walce o awans. Patrząc na realia ostatnich miesięcy zrobiliśmy jesienią dobry wynik.

Najlepszego strzelca minionego sezonu starał się zastąpić Vamara Sanogo. Zastanawiałeś się jak mogłaby wyglądać wasza współpraca na boisku?

– Pewnie, że tak. Vamara to bardzo dobry zawodnik. Silny, mocno trzyma się na nogach. Potrafi rozbijać defensywę rywala i jeszcze przy tym utrzymywać się przy piłce. Fajnie wiąże stoperów. Myślę, że taki styl grania sprawiałby, że miałbym więcej miejsca dla siebie. Żeby się rozpędzić, czy zakończyć akcję skutecznym strzałem. Nie mieliśmy dotąd okazji, żeby razem zagrać, więc pewnie potrzebowalibyśmy czasu, żeby poznać swoje przyzwyczajenia i mocne strony. Tyle, że Sanogo zaprezentował się jesienią na tyle dobrze, że teraz interesują się nim kluby z Ekstraklasy. Liczę, że z nami zostanie, a ja zapewniam, że podejmę rywalizację o miejsce w podstawowym składzie.

Cel na najbliższe miesiące może być tylko jeden – Ekstraklasa. Sam ligowy debiut masz już dawno za sobą. Jakieś wspomnienia?

– To był tylko epizod. Nie jestem sentymentalny.

Ale pierwszy mecz w Ekstraklasie w barwach Jagiellonii Białystok chyba pamiętasz. Miałeś wtedy raptem 17 lat.

– Pewnie, że pamiętam. Szybko to się wtedy potoczyło. Zagrałem dobry mecz w Młodej Ekstraklasie przeciwko Arce Gdynia. Strzeliłem wtedy gola. Trener Michał Probierz zaprosił mnie potem na treningi pierwszej drużyny, a już po tygodniu pracy zobaczyłem swoje nazwisko wśród tych, którzy zaczną w podstawowym składzie spotkanie z Lechem Poznań.

Młody gnojek wtedy byłem. Wyszedłem na boisko bez presji, ale nie był to udany występ. Tak mój, jak i Jagiellonii. Przegraliśmy 0:3. Potem dostałem jeszcze kilka razy szansę gry z najlepszymi, ale to jednak nie było to. To była inna Jagiellonia. Wtedy nie stawiano tak odważnie na młodych piłkarzy, na wychowanków. A szkoda, bo pewnie i klub, i ja na tym tylko byśmy skorzystali. Było, minęło. Tak jak już mówiłem sentymentalny nie jestem, więc przeszłością nie żyje.

Na Ekstraklasę trzeba po prostu zapracować, a ja chciałbym tego dokonać w koszulce Zagłębia.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Mikołaj Chrzan poleca
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem