Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czy to będzie ten szkoleniowiec, którego Zagłębie szukało od chwili, gdy Jacek Magiera opuścił Sosnowiec i przeniósł się do Legii Warszawa? 44-letni Banasik nie ukrywa, że praca w Zagłębiu była jego celem.

Zdobywał młodzieżowe mistrzostwo Polski z Legią. Wprowadził do pierwszej ligi skazywany na pożarcie Znicz Pruszków. Jesienią minionego roku z przeciętnej dotąd Pogoni Siedlce uczynił zespół, który liczy się w walce o awans do Ekstraklasy. Po zakończeniu rundy dał się skusić prezesowi Zagłębia i zamienił Siedlce na Sosnowiec.

Wojciech Todur: Sezon ledwo się zaczął, gdy zapytałem Marcina Jaroszewskiego, prezesa Zagłębia o faworytów pierwszoligowych rozgrywek. Wskazał na Pogoń Siedlce, więc tym samym docenił też pana pracę. A jak oceniano Zagłębie z perspektywy Siedlec?

– Rozmawialiśmy o tym, rzecz jasna, w klubie i wymienialiśmy Zagłębie wśród drużyn, które będą się liczyły w walce o awans. Wysoko ocenialiśmy też szanse Górnika Zabrze, Podbeskidzia Bielsko-Biała, GKS Katowice, Miedzi Legnica. Powiem szczerze, że nie widziałem w gronie faworytów Chojniczanki.

Pewnie nie przewidział pan też, że GKS Tychy będzie aż tak nisko?

– Uważałem, że będą mieć bardzo ciężko. Jak to z beniaminkami bywa. Wiedziałem, na co stać ten zespół. Jakie ma słabości. Grałem przeciwko GKS-owi jeszcze w drugiej lidze, gdy prowadziłem Znicz. Już wtedy mieli problemy ze strzelaniem bramek, i to się potwierdziło także po awansie. Mają piękny stadion, stabilny budżet, wsparcie miasta, ale na razie to moim zdaniem zespół co najwyżej na środek tabeli.

Wracając do pana pytania, to uważałem też, że do grona faworytów dołączy zespół, na który nikt nie stawia. No i taką drużyną okazała się z czasem moja Pogoń. Przyszedłem do klubu, który w ostatnich sezonach walczył o utrzymanie. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Ze Zniczem też mieliśmy grać o utrzymanie, a weszliśmy do pierwszej ligi. Powiedziałem wtedy nawet żonie, że chciałbym, żeby z Pogonią było podobnie. No i zbudowaliśmy ciekawy zespół, który patrzył tylko przed siebie.

Pamiętam pierwszy mecz z Zagłębiem, gdy spotkałem się z moim przyjacielem Jackiem Magierą. Umawialiśmy się na zaciętą rywalizację w dalszej części sezonu. Życie trenera jest jednak pełne niespodzianek. Jacek prowadzi dziś Legię, a ja Zagłębie.

Trener Duszan Radolsky powiedział kiedyś, że trener w chwili przyjścia do nowego klubu w jednej ręce trzyma długopis, którym podpisze kontrakt, a w drugiej walizkę, bo przecież zaraz może wyjechać...

– Nie zgadzam się z tym. Nie podoba mi się to, że działaczom wielu klubów tak łatwo przychodzi zmiana trenera. Mam tę satysfakcję, że mnie jeszcze nikt nie zwolnił. W Legii pracowałem 12 lat. Potem był Znicz Pruszków, z którego odszedłem po awansie. Z Pogoni też mnie przecież nikt nie wyrzucał. To ja zdecydowałem się na zmianę.

Trener musi mieć komfort pracy i planować dalej niż do najbliższego meczu. Pół roku to absolutne minimum, żeby poznać piłkarzy, pracowników klubu, środowisko, w które się wchodzi. Mam nadzieję, że będę pracował w Sosnowcu jak najdłużej. Chcę zrobić dobrą robotę.

Zakładam, że gdy po ostatnim meczu rundy jesiennej gratulował pan Piotrowi Mandryszowi wygranej Zagłębia w Siedlcach, to jeszcze nie wiedział pan, że przeniesie się do Sosnowca. A czy potem nie pomyślał pan czasem, że nawet dobrze się złożyło, że Pogoń tamto spotkanie przegrała?

– Czyta pan w moich myślach. Po tamtym meczu byłem zły. Wsiadłem w samochód i pojechałem do Warszawy. Telefon wyłączyłem. Wygrana z Zagłębiem dałaby nam 3. miejsce na koniec roku. Dla Pogoni byłby to znakomity wynik. Zabrakło nas jednak na boisku. Szczególnie motorycznie. Zapłaciliśmy w ten sposób za wysiłek we wcześniejszych meczach.

A potem zadzwonił telefon prezesa Zagłębia, spojrzałem na tabelę i pomyślałem, że z tymi trzema punktami zdobytymi w Siedlcach zespół z Sosnowca prezentuje się jednak zdecydowanie lepiej. Cieszę się, że w tym sezonie nie dojdzie już do konfrontacji Zagłębia z Pogonią. Z drugiej strony jednak taka nasza praca. Musimy być gotowi na takie wyzwania.

Gdy stało się jasne, że przenosi się do Zagłębia, to w każdym wywiadzie musiał pan odpowiadać, co sądzi o zachowaniu Sebastiana Dudka, kapitana drużyny, który przed kamerami Polsatu Sport zwolnił trenera Mandrysza. Interesuje się pan psychologią sportu. Czy takie przypadki zdarzają się często?

Piotr MandryszPiotr Mandrysz JAN KOWALSKI

 

– To było na pewno apogeum tego konfliktu, ale nie chcę się do niego odnosić, gdyż wiem o nim zbyt mało. Zderzyły się gniew i frustracja, i tak to się skończyło. W grupie, a taką jest przecież zespół piłkarski, zawsze będzie dochodziło do konfliktów. Tak jak w życiu. Jeden machnie ręką i pójdzie w drugą stronę. A dla drugiego to już tragedia. Sport, piłka nożna - to są olbrzymie emocje. Kto nie biegał po boisku, nie walczył o ligowe punkty, tego nie zrozumie. Pracujemy pod olbrzymią presją, a w nerwach czasami padają słowa, których potem żałujemy.

Wie pan, jak prowadzi swoje zespoły trener Przemysław Cecherz? Pamiętam, jak przyjechał do Jaworzna na mecz z GKS Tychy i obrażał swoich graczy słowami jak z rynsztoka. Nie mogłem zrozumieć, jak oni to tolerują, a jeden z nich stwierdził po meczu, że po nich to spływa....

– To mechanizm trochę podobny do tego jak ten z dzieckiem, na które nikt nie krzyczy. Wystarczy, że raz podniesie się na nie głos, a staje na baczność. Z kolei dziecko, na które ciągle ktoś krzyczy, nie robi już z tego wielkiego problemu. Taki bodziec już na nie nie działa.

Zawodnicy są coraz bardziej świadomi. Pracy, jaką wykonują, swoich organizmów. Tego, co jedzą. Chcą mieć w trenerze partnera. Człowieka, który powie im ze szczegółami, czego od nich oczekuje. Rola trenera też się zmienia. Na najwyższym poziomie piłki nożnej są trenerzy, którzy nawet nie prowadzą treningów. Od wszystkiego mają swoich ludzi. Ale to oni są mózgiem wszystkich operacji. Podejmują najtrudniejsze, strategiczne dla klubu decyzje. To są tysiące rzeczy, o których kibice nie mają nawet pojęcia. Samo wyjście z gwizdkiem na trening to przecież przyjemność.

A pan jak radzi sobie ze stresem? Dobrze pan sypia?

– Dobrze. Stres mnie nie zżera. Jestem spokojnym człowiekiem, ale lubię żyć razem z zespołem. Kiedyś powiedziałem w szatni, że czy jest dobrze, czy źle, to ja zachowuję się podobnie. Po mnie nie widać nerwów. Są tacy trenerzy, do których w dniu meczu strach podejść. Uważam, że to nie pomaga. Że złe emocje udzielają się drużynie. Jeżeli trener jest zestresowany, to piłkarze to widzą i tracą na wartości.

Mówi pan o tym, że zespół musi funkcjonować niczym rodzina. Jakie ma pan pomysły na integrację drużyny? Kino, grill, a może lizak dla każdego?

– Integracja, motywacja – to są bardzo ważne pojęcia. Tyle że nigdy nie zastąpią ciężkiej pracy. Jak się bawimy, to się bawimy. A jak pracujemy, to pracujemy. Trzeba znaleźć złoty środek. Atmosfera w klubie jest bardzo ważna. Zresztą to dotyczy każdego miejsca pracy. Ile wart jest człowiek, który przychodzi do pracy i z miejsca odlicza czas pozostający do wyjścia. Do klubu piłkarz musi przychodzić z przyjemnością. Musi mieć to poczucie wspólnoty. Celu, który jednoczy.

Dla mnie piłkarz jest najważniejszy. Trzeba go słuchać i z nim rozmawiać. Za każdym razem, gdy zostawiam zawodnika poza meczową kadrą lub na rezerwie, to tłumaczę mu powody swojej decyzji. Taki mam model pracy. Pamiętam, że w Pruszkowie piłkarze mocno się temu dziwili. „Jeszcze nikt nas tak nie traktował” – powtarzali. To nie jest proste, ale mnie to odpowiada.

W tym momencie muszę wrócić do konfliktu Mandrysz – Dudek. Kapitan zarzucił trenerowi, że ten nie rozmawia z drużyną. Osoby, które stanęły po stronie trenera, powtarzały natomiast, że piłkarz nie musi rozumieć, ale wykonywać polecenia szkoleniowca.

– To normalne, że środowisko trenerskie solidaryzowało się z Piotrem Mandryszem. Czasy jednak się zmieniają. Trzeba rozmawiać. Szukać złotego środka.

Zmieńmy temat. Załóżmy, że przychodzi do pana młody piłkarz Zagłębia i mówi: „Trenerze. Piłka jest dla mnie najważniejsza. Rzucam szkołę i poświęcam się tylko treningom”.

– Odpowiedziałbym „nie”. Zabroniłbym mu tego.

Sam pan jednak zrezygnował z nauki, i to jeszcze w sytuacji, gdy ojciec był nauczycielem.

– Z czasem człowiek staje się mądrzejszy. Edukacja jest niesamowicie potrzebna. Piłka nożna już dawno przestała być prostą grą. Piłkarze muszą być inteligentni, żeby zrobić karierę. Można poświęcić piłce wszystko, a nie osiągnie się nic. Dlatego tak ważna jest nauka. W Legii miałem takich graczy, którzy chcieli rzucić szkołę. Mówiliśmy im, że minimum to matura. Byli jednak i tacy, którzy kończyli szkołę średnią, ale nie chcieli przystąpić do egzaminu. To olbrzymi błąd. Tylko mały procent piłkarzy osiągnie coś na boisku, a wiedza, inteligencja zostają na całe życie.

Ludzie, piłkarze bez wykształcenia, nie dają sobie rady w życiu, gdy przychodzi poważny kryzys.

Szybko postanowił pan, że zostanie trenerem. A kto na dobre rozniecił w panu pasję tego zawodu?

– Rudolf Kapera. Doświadczony trener, pod którego skrzydła trafiłem na warszawskim AWF-ie. Zebrała się wtedy fajna grupa przyszłych trenerów. Studiowałem razem z Maciejem Skorżą, Leszkiem Ojrzyńskim, Piotrem Stokowcem czy Robertem Podolińskim. Trener Kapera był bardzo wymagający. Na początku dał mi tak popalić, że zapomniałem, jak się nazywam. Mobilizował mnie jednak, zachęcał, a gdy odbierałem dyplom, to stwierdził, że będzie ze mnie dobry trener.

Powiem panu, że ja nigdy nie byłem dobrym uczniem. Średnio w podstawówce, przeciętnie w szkole średniej. Nie brakowało takich, którzy odradzali mi te studia. Poszedłem jednak na AWF, i to był strzał w dziesiątkę. Znakomicie się tam czułem. Fajne zajęcia z biologii, anatomii, wyjazdy na obozy, praktyki. Szkoła życia. Co ciekawe, Warszawa wcale nie była moim pierwszym wyborem. Chciałem studiować w Gdańsku, potem w Poznaniu i Katowicach. Warszawa była na końcu tej listy, a okazała się najlepszym wyborem.

Wróćmy na koniec do Zagłębia. W czasie rundy wszyscy powtarzali, że największym atutem tej drużyny jest druga linia. Po sezonie Zbigniew Myga, były piłkarz i trener Zagłębia, stwierdził jednak, że ta formacja jest źle skonstruowana. Że z trzech dyrygentów: Sebastian Dudek, Tomasz Nowak i Łukasz Matusiak, o dwóch jest za dużo.

JAN KOWALSKI

 

– To tylko jedna z opinii. A co mają powiedzieć w Legii, gdzie mają gwiazdy na każdej pozycji? A jak radzą sobie z takim „problemem” w takich klubach jak Real czy Barcelona? Druga linia Zagłębia rzeczywiście była i jest bardzo mocna. Ja nie widzę w tym problemu, że obok siebie gra trzech doświadczonych graczy. Proszę zobaczyć, ile oni rozegrali razem meczów w Ekstraklasie. To olbrzymie doświadczenie i potencjał.

Moją rolą – w najbliższych tygodniach – będzie to, żeby się tej drużynie przyjrzeć. Dostrzec słabe punkty i ewentualnie zareagować.

Zagłębie budowano od dawna. Z czasem doszli tacy gracze, jak: Nowak, Pribula, Sanogo czy Szumski, ale jednak fundament pozostał. W tej sytuacji nie ma potrzeby wielkich zmian. Zespół jest trzeci w tabeli pierwszej ligi, ma trzy punkty straty do lidera. To dobra pozycja wyjściowa, ale i tak wszystko wyjdzie w praniu.

Na koniec zapytam o to, czy perspektywa awansu nie jest problemem, gdy w kadrze ma się doświadczonych graczy, a ci grają ze świadomością, że po ewentualnym awansie stracą miejsce pracy?

– To rzeczywiście jest problem, ale nie wydaje mi się, żeby dotyczył Zagłębia. Zespół jest mądrze zbudowany. Kontrakty są w większości tak skonstruowane, że piłkarze zachowają miejsce w kadrze także po awansie. Poza tym ważnym czynnikiem motywacyjnym są również finanse. Na razie więc takich obaw nie mam, a gdyby się pojawiły, to będę reagował.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.