Transfer Vamary Sanogo do Legii Warszawa ma być rekordowym w historii Zagłębia Sosnowiec. Klub ze Stadionu Ludowego nigdy nie zarabiał dużych pieniędzy na swoich zawodnikach.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

250 tysięcy euro – na taką kwotę wycenia Zagłębie swojego napastnika. Vamara Sanogo dołączył do zespołu latem minionego roku po okresie gry w szóstej lidze angielskiej. Wystarczyło kilka miesięcy gry w pierwszej lidze i już jest wart więcej niż Ryszard Czerwiec, Jan Urban czy Andrzej Kubica, którzy przed laty grali w sosnowieckim klubie.

– Sanogo okazał się rewelacyjną inwestycją. Chwała temu, który go wypatrzył i zdecydował się na ten transfer. Zagłębie dobrze - jak na realia tego klubu - zarobi, a przy tym jeszcze tak do końca nie straci tego gracza, który wiosną ma jeszcze stanowić o sile drużyny [ma zostać wypożyczony do Zagłębia] i pomóc jej w walce o awans – przypomina Leszek Baczyński, były piłkarz, trener i prezes Zagłębia.

„Bułgary” pod stołem

Nazwa Zagłębia przez lata nie padała w kontekście znaczących, gotówkowych transferów. Jesienią minionego roku o „rekordowym transferze” pisano w chwili, gdy Legia wykupiła z Zagłębia trenera Jacka Magierę. Wtedy mówiło się o 100 tys. euro. – Takie kwoty były przez lata dla Zagłębia nieosiągalne. Z różnych powodów. Niektóre transfery blokowano po prostu odgórnie, politycznie. Pamiętam rok 1978. Po mistrzostwach świata w Argentynie Pogoń Szczecin chciała trzech naszych graczy: Jerzego Dworczyka, Wojciecha Rudego i Zbigniewa Sączka. Można było zarobić okrągłą sumkę. Wystarczył jednak jeden telefon z górniczego gwarectwa i transfery zablokowano. Często to nie kluby decydowały o zmianie barw swoich graczy – mówi Baczyński.

Znamiennym przykładem jest Jan Urban, który w 1981 r. został kupiony przez Zagłębie z Victorii Jaworzno. Co ciekawe, Jan był wtedy wart dla Victorii mniej niż jego starszy brat Krzysztof, który przecież wielkiej kariery nie zrobił. Gdy młodszy brat przechodził do Zagłębia za 200 tys. zł, Krzysztof został wyceniony przez działaczy klubu z Jaworzna na 300 tys. Urban tak po latach wspomniał przeprowadzkę do Zagłębia. – Najgorsze były podróże, czasami i z trzema przesiadkami. Najpierw z Jaworzna na Niwkę, potem do centrum i dalej – na Stary Sosnowiec i położony nieopodal stadion. Był jeden autobus, który ratował mi życie – to 301 z Chrzanowa do Sosnowca. Po dwóch latach dostałem z klubu bordowego malucha i było już łatwiej. Ten samochód był na zachętę, bo już zaczął się mną interesować Ruch Chorzów – opowiadał nam wybitny piłkarz, który grał w Zagłębiu przez cztery sezony.

Piast Gliwice - Lech Poznań 2:0. Trener Jan Urban
Piast Gliwice - Lech Poznań 2:0. Trener Jan Urban  JAN KOWALSKI

Wtedy na jego transfer zdecydował się Lech Poznań. – Miałem już samochód na poznańskiej rejestracji, nawet jakieś pieniądze w niepolskiej walucie zdążyłem już pobrać, a żona wybierała mieszkanie na osiedlu Czecha – mówi Urban, który jednak ostatecznie do Wielkopolski się nie przeniósł. Trafił do Górnika Zabrze, a za transferem stał Jan Szlachta, dyrektor naczelny Zabrzańskiego Gwarectwa Węglowego z ramienia PZPR, a przez krótki okres czasu także prezes Górnika.

– Zagłębie na pewno wtedy na Urbanie nie straciło, ale to były czasy, gdy nie zawsze rozliczano się w gotówce. Czasami zamiast pieniędzy musiał wystarczyć talon na auto, a innym razem autobus – wspomina Baczyński. Prawda jest też taka, że w tamtym czasie transakcje między klubami finalizowano też „bułgarami”. Brzmi dziwnie? No to wystarczy przypomnieć, że w Bułgarii płaci się do dziś lewami.

„Bułgary” to były po prostu „lewe” pieniądze. Płacone pod stołem. Poza umową.

Zapomniany „król”

W latach 90. Zagłębie transferowało też takich graczy jak Robert Stachurski – młodzieżowy reprezentant Polski, który trafił do Zagłębia Lubin, Ryszarda Czerwca do Widzewa Łódź czy Andrzeja Kubicę do Rapidu Wiedeń.

Najwięcej wart był prawdopodobnie Kubica – bo około 150 tys. dol. – ale klub tych pieniędzy nie dostał. To był rok 1993. Zagłębie dogorywało po tym, jak od klubu odwróciła się branża górnicza.

Klub starała się ratować garstka działaczy, którzy chcieli kontynuować działalność (co im się na krótki okres czasu udało) pod szyldem Stali Sosnowiec. Za tym projektem stał Krzysztof Kubowicz, lokalny przedsiębiorca, który dorobił się pieniędzy, m.in. handlując pieczonymi kurczakami. Kubowicz do dziś jest wspominany w Sosnowcu jako „Złoty Kurczak”.

Kubicę starali się więc sprzedać Kubowicz i spółka, ale także syndyk, który rozporządzał majątkiem bankrutującego klubu. – Z moich informacji wynika, że pieniądze za ten transfer skasował syndyk – mówi Baczyński. Wychowanek Błękitnych Sarnów grał potem grał w Austrii Wiedeń, która kupiła go z Rapidu za 250 tys. dol. Z Austrii, latem 1995 r., został wypożyczony do Legii za 60 tys. dol. W warszawskim klubie był tylko pół roku. Starsi piłkarze zazdrościli mu wysokiego kontraktu i nie akceptowali w zespole. Potem w szatni warszawskiej drużyny można było usłyszeć anegdotę o tym, jak Kubica, który zdawał wtedy prawo jazdy, zapytał Radosława Michalskiego, którą nogą wciska się hamulec. Mało znany i pamiętany w Polsce Kubica to król strzelców ligi izraelskiej, zdobywca Pucharu Francji i zawodnik, który zarobił duże pieniądze w Japonii.

W latach 90. Zagłębie sprzedało piłkarza, który był wtedy wart połowę rocznego budżetu klubu. Mowa o Danielu Treścińskim, który w 1996 r. zamienił klub z Sosnowca na ŁKS Łódź, w barwach którego został mistrzem Polski. – Zagłębie było wtedy tylko czwartoligowcem. Nikt się z nami nie liczył. Naszą siłą byli wychowankowie. Z bólem serca sprzedawaliśmy Daniela, bo to nie były duże pieniądze. Raptem kilkadziesiąt tysięcy złotych. To były jednak takie czasy, że żyliśmy za to pół roku – uśmiecha się Baczyński.

Niewiele więcej zarobiło Zagłębie za Tomasza Stolpę, który w 2004 r. przeniósł się do norweskiego Tromso. Był jeszcze transfer Marcina Drzymonta do Odry Wodzisław (rok 2005), ale to akurat była transakcja wymienna – oficjalnie bezgotówkowa – gdyż w drugą stronę powędrował bramkarz Marcin Bęben.

– Można powiedzieć, że duże pieniądze z transferów nigdy Zagłębia nie dotyczyły. Wpływ miał na to upadek klubu w latach 90., a potem gra w niższych ligach. Teraz może się to zmienić, ale do tego konieczny jest awans do Ekstraklasy. Dopiero wtedy zarabia się na swoich zawodnikach duże pieniądze – kończy Baczyński.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Redaktorze zapomniał pan wspomnieć o Bartku Chwalibogowskim który na ten moment jest najwyższym transferem Zagłębia , sprzedany za ok 0.5 mln w 2006 do Bełchatowa
już oceniałe(a)ś
0
0