Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W niedzielę startuje nowy sezon na polskich lodowiskach, a to naszym zdaniem dobra okazja, żeby przypomnieć sylwetkę jednego z najlepszych zawodników w historii polskiego hokeja.

– Wychowałem się na ulicy Sportowej w Sosnowcu. Z okien widziałem stadion Stali. Obok korty, a jeszcze trochę dalej – tak po skosie – lodowisko. Hokejowe mecze często odbywały się po zmroku. Trudno było dostrzec krążek, ale już światełko nad bramką – sygnalizujące zdobycie gola – tak. Sport mnie bardzo mocno kręcił, ale na początku trudno było mi się zdecydować na jedną dyscyplinę. Uprawiałem więc piłkę, hokej, tenis, a z czasem jeszcze piłkę ręczną. Miałem po trzy treningi dziennie – wspomina 62-letni Pytel, który zdobył z Zagłębiem trzy tytuły mistrza kraju, a Polskę reprezentował na igrzyskach w Insbrucku (1976), Lake Placid (1980) i Sarajewie (1984).

Wojciech Todur: Co przesądziło o tym, że jednak postawił pan na hokej?

Henryk Pytel: – W tamtych czasach hokeiści z Sosnowca to była tylko trzecia liga. Koledzy – Mirek Nowak czy Grzegorz Szlenk – ciągnęli jednak na lód. Długo nie wiedziałem, na co postawić. Przesądziło chyba powołanie do reprezentacji Polski. Trener Skórski powiedział wtedy, że muszę decydować. Piłka nożna czy hokej? Dla młodego organizmu ciągnięcie dwóch srok za ogon to było jednak za duże obciążenie.

W hokeju znaczyłem już wówczas więcej niż na boisku. Zadecydował przypadek. Mecz z Naprzodem Janów. Z powodu kontuzji ze składu wypadł Andrzej Strzelecki. Wskoczyłem na lód i już nie oddałem miejsca w drużynie. Na początku trenowaliśmy na otwartym lodowisku. Z czasem powstał Stadion Zimowy [w roku 1968 – przyp. red.]. To był przełom, który sprawił, że narodziło się wielkie Zagłębie Sosnowiec.

Mistrzowską drużynę zaczął budować trener Mieczysław Chmura z Nowego Targu.

– To nie było łatwe, bo też w latach 70. Zagłębie nie było żadnym magnesem dla czołowych hokeistów w Polsce. Byłem jedynym reprezentantem Polski z Sosnowca, a przez to i takim ambasadorem Zagłębia. Namawiałem więc kolegów z kadry na przeprowadzkę do Sosnowca, który wówczas nie miał jeszcze dobrej opinii. Pierwszy na przeprowadzkę zdecydował się bodaj Andrzej Nowak. Za nim poszli kolejni. Marek Marcińczak, Stasiu Klocek, Leszek i Wiesiek Tokarz. Zaczęła się tworzyć silna drużyna. Trener Chmura, ale przede wszystkim nasz prezes Jan Rodzoń mieli wielki wkład w budowę zespołu, który na początku lat 80. zdominował polski hokej.

Z trenerem Chmurą nie udało nam się jeszcze zdobyć mistrzostwa Polski. To jeszcze nie był zespół na złoty medal. Trochę na nasze własne życzenie. Mieliśmy wtedy dużo indywidualności, ale nie było zgranej drużyny. Dopiero gdy odrzuciliśmy na bok niepotrzebne emocje i zaczęliśmy grać do jednego worka, to przyszły wyniki.

Do pierwszego tytułu poprowadził nas trener Josef Ivan z Czechosłowacji. To był trochę dziwak, ale udało mu się stworzyć na lodzie kolektyw. Ivan zdobył złoto i odszedł. Potem nastała era Karela Macha, który poprowadził Zagłębie to kolejnych czterech tytułów. Czech z Pardubic nie przeszkadzał nam w grze. Miał swoje pomysły, taktykę, ale na lodzie zostawiał nam dużo swobody.

To był fantastyczny zespół. 3/4 reprezentacji Polski opierało się wtedy na graczach Zagłębia. W pierwszym ataku ja z Klockiem, w drugim Tokarzowie, w trzecim Andrzej Zabawa, Wiesiek Jobczyk i Krzysiek Ślusarczyk. Było kim grać i z kogo wybierać.

Pierwsze mistrzostwo Polski zdobyliście w 1980 roku w Nowym Targu.

– Dla górali to był szok. Musieliśmy uciekać z lodowiska przez kładkę na Dunajcu. Wpadliśmy do autokaru i w długą. Fajny czas. Fajne wspomnienia.

Zagłębie to nie był zespół oparty na zawodnikach z Sosnowca.

– Mówili na nas „kosmos”, że niby taka zbieranina gwiazd. Był taki czas, że byłem jedynym sosnowiczaninem w składzie. Z czasem dołączyli młodzi, wychowankowie klubu. Bracia Krzysiek i Jarek Morawieccy, Marek Cholewa, Krzysiek Podsiadło.

Nie ma pan w kolekcji pięciu tytułów, gdyż w 1983 roku wyjechał pan za granicę.

– Dostałem wtedy zgodę na przeprowadzkę do niemieckiego Landshut. W pierwszym sezonie strzeliłem aż 52 bramki. Niemcy nie bardzo mogli się z tym pogodzić, więc dopisali jakieś punkty Helmutowi Steigerowi i koniec końców to on został najlepszym napastnikiem tamtego sezonu. Wyjazd na zachód w tamtym czasie nie był łatwą sprawą. Długo wycierałem klamki w gabinetach Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu. Było jednak warto.

Kariera hokeisty otwierała mi drogę do świata i możliwości, które dla większości były nieosiągalne. Mój ojciec, hutnik, na pewno nigdy nie zarabiał tyle, ile ja na lodzie. Był jednak dumny z syna, który reprezentował Sosnowiec i Polskę. Sympatię odczuwałem również ze strony kibiców. Zdarzało się, że na ulicy podchodzili do mnie obcy ludzie i dziękowali za grę.

A gdzie w tamtym czasie bawili się hokeiści Zagłębia?

– Życie nie polega tylko na sporcie, więc rzecz jasna był i czas na zabawę. Staraliśmy się jednak za bardzo nie szumieć na mieście, więc najczęściej bawiliśmy się na domówkach. Nie chciałem, żeby ktoś mnie zobaczył w takim stanie na ulicy.

Uchodził pan za człowieka o końskim zdrowiu. Koledzy z drużyny wspominają, że treningu zawsze było panu mało.

– Byłem po prostu mocno wytrenowany. Tak jak mówiłem, od najmłodszy lat sprawdzałem się w różnych dyscyplinach sportu, od samego rana do późnego wieczora. Pamiętam, że treningi juniorów zaczynały się o godzinie 20. Wracałem potem do domu przez park Sielecki już po nocy.

Lubiłem też ten tenis ziemny. Zaczęło się od tego, że podawałem na korcie w Sosnowcu piłki wielkiemu Władysławowi Skoneckiemu [mistrz i reprezentant Polski – przyp. red.]. Ten w podzięce dał poodbijać piłkę i tak się zaczęło. W tenisa grałem jeszcze w turniejach, gdy byłem już hokeistą Zagłębia.

Hokej to również kontuzje. Jakie przykre sytuacje z lodu wspomina pan do dziś?

– Zaczynałem w czasach, gdy bramkarze nie grali jeszcze w maskach. Mieli natomiast takie osłony ze sztucznego tworzywa, które mocowali do twarzy. Kontuzje były wtedy na porządku dziennym. Pierwsze zęby straciłem jeszcze w juniorach. Tego się nie zapomina. Dostałem kijem na lodzie w Cieszynie. Kolejne zęby poleciały już szybko...

Kontuzje są częścią tego sportu, ale gorzej, gdy zawodnik atakuje rywala z intencją, żeby zrobić mu krzywdę. Taka sytuacja przytrafiła mi się w czasie gry w Landshut. Zaatakował mnie wtedy zawodnik z Czech. Też wybił mi zęby. Moi koledzy wzięli potem na nim rewanż. Załatwili go na rozjedzie przed kolejnym spotkaniem. Po tamtym zdarzeniu w Niemczech zaczął obowiązywać przepis, że w czasie rozjazdu na lodzie muszą przebywać sędziowie. Przykrych kontuzji widziałem wiele. Do dziś mam przed oczami obraz, gdy „strzela” kolano Leszka Tokarza podczas turnieju w Davos...

Leszek (z lewej) i Wiesław TokarzowieLeszek (z lewej) i Wiesław Tokarzowie Fot. Dawid Chalimoniuk / AG

Po latach co pan wspomina milej? Sukcesy Zagłębia, a może udział w trzech igrzyskach olimpijskich?

– Każdy okres miał dobre i gorsze strony. Wyjazdy na mistrzostwa świata i igrzyska to również były niesamowite przeżycia. Do historii na pewno przeszedł turniej w Katowicach w 1976 roku i nasza sensacyjna wygrana z ZSRR (6:4). Niestety po porażce z RFN (1:2) spadliśmy z grupy A. Straciliśmy wtedy bramkę na 21 sekund przed końcem... Może gdyby na lodzie był wtedy inny obrońca, to wziąłby ten krążek na ciało. Pamiętam, że Zdzisław Grudzień, sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR, obiecywał nam przed tym turniejem po maluchu, a po zakończeniu mistrzostw dostaliśmy po zegarku.

Ostał się w pana szafie jaki olimpijski garnitur?

– Długo miałem garnitur z Insbrucka. Fajny był, taki wełniany. Bardzo długo mi służył. Kolejne były już bardziej klasyczne. Wszystkie znosiłem.

Dobre czasy dla sosnowieckiego hokeja jeszcze wrócą?

– Szkoda, że tak łatwo zmarnowano dorobek lat 80. To „Solidarność” zniszczyła Zagłębie. Przyszły nowe władze i stwierdziły, że sport to komunistyczny wymysł. Zapanowała totalna głupota, za którą płacimy do dziś. Sosnowiec z miasta, które było w Polsce sportową potęgą, stał się niewiele znaczącym zaściankiem, który wciąż wzdycha za tym, co było.

Drużyna Zagłębia Sosnowiec. Na pierwszym planie Artur ŚlusarczykDrużyna Zagłębia Sosnowiec. Na pierwszym planie Artur Ślusarczyk Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

O powrót do złotych czasów będzie więc trudno. Także dlatego, że kuleje szkolenie młodzieży. Nieliczni, którzy dotrwają do wieku seniora, nie mają się od kogo uczyć, na kim wzorować. Najlepszych bowiem rozkradają nam inne, bogatsze kluby. To, co się dzieje teraz, to droga donikąd.

Pana syn niestety nie poszedł w ślady ojca.

– No nie poszedł. W hokeju nie ma miejsca na półśrodki, a on nie chciał wylewać siódmych potów na lodzie. Wybrał swoją drogę.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.