Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Oskar Padok pochodzi z Sarnowa. Jakiś czas temu przeprowadził się do Sosnowca. – Wynajęliśmy mieszkania w tym samym bloku. On na czwartym piętrze, ja na pierwszym. Żeby być blisko – wspomina Alan, młodszy o rok brat Oskara.

Oskar prowadził normalne życie, miał pracę i pasje. – Pracował w sklepie z akcesoriami meblowymi. Uwielbiał sporty walki, trenował m.in. boks tajski. Kochał wszystko, co wiąże się z motoryzacją: auta, motocykle, interesowały go wszystkie nowinki. Nie miał wygórowanych marzeń. Ważna była rodzina: mama, ciocia, czyli siostra mamy i jej mąż, babcia i ja. Właściwie jego jedynym planem było założenie własnej rodziny, żeby mieć żonę, dzieci. I wieść zwykłe życie – mówi Alan.

Oskar Padok zachorował na białaczkę limfoblastyczna w 2015 rokuOskar Padok zachorował na białaczkę limfoblastyczna w 2015 roku Fot. ARCHIWUM RODZINNE

Zwykłe życie skończyło się w sierpniu 2015 roku. Najpierw pojawił się silny ból żebra i w plecach. Oskar był przekonany, że odzywa się kontuzja z treningu. Zaczął chodzić na masaże. Ból nie znikał. Zaczął odwiedzać gabinety neurologów, ortopedów i innych specjalistów. Każdy diagnozował coś innego.

Ból nasilał się, Oskar nie potrafił już samodzielnie się ubrać. 1 października, dzień po urodzinach, pojechał do szpitala na tomografię komputerową. Od lekarza usłyszał, że jest bardzo źle. Wykonano szereg skomplikowanych badań, biopsje, nie udało się jednak postawić konkretnej diagnozy. Dopiero po kilku tygodniach lekarze nie mieli już wątpliwości: to białaczka limfoblastyczna.

Oskar był już na granicy śmierci

W listopadzie Oskar przyjął pierwszą w życiu chemię. Choroba wycofała się i lekarze od razu zaproponowali przeszczep.

– Od razu się zgłosiłem, ale okazało się, że nie mamy zgodności. Innych zgodnych dawców nie było. Nadeszły kolejne chemie. Lekarze stawali się coraz bardziej bezradni. W grę wchodziło już hospicjum. Zaczęliśmy szukać pomocy w internecie. Kontaktowaliśmy się z rodzinami innych chorych. W końcu natrafiliśmy na metodę CAR-T-CELL w Izraelu. To nowość, ale lekarze dali do zrozumienia, że jak się już wszystkie możliwości wyczerpały, to trzeba próbować gdzie indziej – mówi Alan.

2 czerwca Oskar wyleciał z mamą do Izraela. Od razu trafił do szpitala. 25-latek był na granicy śmierci. Wezwano księdza, który udzielił mu ostatniego namaszczenia.

– Dostaliśmy telefon, że to już koniec. Złapaliśmy z ciocią najbliższy samolot. Na miejscu okazało się, że dzieje się cud, bo Oskar wraca do życia. Przez ostatni tydzień zaczęło mu się polepszać. Jest świadomy, powoli chodzi, ale lekarze czekają jeszcze na polepszenie, by móc wdrożyć terapię – dodaje młodszy brat.

Żeby Oskar mógł był leczony, potrzebne są spore pieniądze, a na refundację nie ma szans. – To terapia genowa, która aktualnie nie jest refundowana w Polsce w ramach chemioterapii czy programu lekowego. Na podstawie ogólnodostępnych doniesień można wnioskować, że trwają różne badania kliniczne z zastosowaniem owej terapii w różnych typach nowotworów krwi, a część z nich została już w 2017 roku zarejestrowana w Stanach Zjednoczonych – mówi Małgorzata Doros, rzeczniczka śląskiego oddziału NFZ.

W pomoc Oskarowi Padokowi zaangażowali się Polacy z Izraela

Z pomocą w zbiórce pieniędzy spieszą znajomi i nieznajomi w Polsce i Izraelu. Każdy może pomóc na dedykowanej Oskarowi stronie na portalu SiePomaga. Na leczenie potrzeba około 700 tys. zł, udało się już zebrać ponad połowę. Zbiórka trwa do 30 lipca.

W pomoc mocno zaangażowali się też Polacy mieszkający w Izraelu, m.in. Beata Younger, której mąż jest Izraelczykiem. 

O Oskarze dowiedzieliśmy się z Facebooka. Jego mama zamieściła post w grupie dla Polaków w Izraelu, że jest z synem na onkologii i potrzebuje pomocy. Skontaktowałam się od razu. Mój mąż dopiero co był leczony w tym samym szpitalu. Okazało się, że mama potrzebowała pomocy w tłumaczeniu przy zakupach w sklepie spożywczym. Później dowiedzieliśmy się, że potrzeb jest dużo więcej – mówi pani Beata.

Wolontariusze robią m.in. zakupy, gotują domowe obiady, pomagają w tłumaczeniach. – Zabieramy mamę Oskara do domu, żeby mogła się wyspać, ale też sami organizujemy zbiórkę i nagłaśniamy sprawę gdzie tylko się da – dodaje pani Beata.

„Przyjechaliśmy tu razem z białaczką, ale wrócić chcę sam. Tu w Izraelu miałem dostać ostatnią szansę i dostałem. Chciałbym całemu światu wykrzyczeć to, że po 4 latach szpitali, chemii, bólu i niepewności, pokonałem białaczkę! W Polsce, kiedy czekałem na swoją szansę, czułem, jak uchodzi ze mnie powietrze. Groziło mi hospicjum, bo gdy 4 raz wraca do kogoś nowotwór, lekarze godzą się z tym, że przegrali. Ja pogodzić się nie umiem, bo mam 25 lat, bo moje życie było fajne” – napisał Oskar na Facebooku.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.