Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Hokejowy świat Tobiasza Bernata runął w sierpniu ubiegłego roku. Podczas sparingu ze słowacką Duklą Michalowce został brutalnie zaatakowany od tyłu. Uderzył głową z całym impetem w bandę lodowiska. Po badaniach okazało się, że ma uszkodzony kręgosłup, a na lód już nie wróci.

– Jestem w trakcie terapii sterydowej. To już czwarty zastrzyk. Czuję, że przestaje mi drętwieć prawa ręka. Najważniejsze, że dziś już wiadomo, że to porażenie, a nie paraliż.

Na początku nie rozumiałem, co się ze mną dzieje. Lekarze wyjaśnili mi, że w wyniku uderzenia przesunął się krążek międzykręgowy. Stąd niedowład prawej ręki. Minęło ponad pół roku, a ja wciąż nie mogę utrzymać dziecka na ręku... Czuję, jak od środka atakują moje ciało tysiące igieł. To na przemian kłucie i pieczenie. Ręka szybko się męczy, a potem staje się bezwładna. Na szczęście lekarze mówią, że nerwy uda się z czasem zregenerować. To może potrwać dwa lata, a może i pięć...

Plakat promujący mecz dla Tobiasza BenataPlakat promujący mecz dla Tobiasza Benata Zagłębie Sosnowiec

U mnie może stać się to szybciej, bo przez całe życie byłem sportowcem. Ciało mam wytrenowane. To ma swoje złe, ale i dobre strony.

Złe, bo implant, który wszczepiono mi do kręgosłupa, nie chciał się początkowo przyjąć. Organizm się bronił. Gdy uderzyłem głową w bandę, to uszkodzone zostały dwa kręgi C4 i C5. Mam je teraz na specjalnych śrubach. To właśnie spod nich wysunął się krążek, który powoduje ból. Krążek zatrzymał się dwa milimetry od rdzenia kręgowego. Gdy lekarze to zobaczyli, to stwierdzili, że powinienem składać ręce do Boga. Kapliczka już na mnie czekała...

Marek Pohl z Naprzodu Janów walczy o krążek z Tobiaszem Bernatem z Zagłębia Sosnowiec Marek Pohl z Naprzodu Janów walczy o krążek z Tobiaszem Bernatem z Zagłębia Sosnowiec  Fot. Dawid Chalimoniuk / AG

Uratowały mnie silne mięśnie. Godziny, które spędzałem na siłowni. Miałem bardzo silne mięśnie kapturowe karku. To one zatrzymały ten nieszczęsny krążek. U niewytrenowanej osoby ten poleciałby dalej i przeciąłby rdzeń niczym nóż masło. Byłoby po mnie – mówi.

Hokej pomógł zerwać z nałogiem

– Teraz myślę tylko o tym, jak wrócić do dawnej sprawności. Hokej to było całe moje życie. Nie potrafię żyć bez wysiłku. Tymczasem nie mogę teraz robić nic. Nie mogę iść na siłownię. Nie mogę nawet pobiegać. Raz poszedłem. Już nie mogłem wytrzymać. Po półgodzinie biegu byłem tak słaby, że z trudem wróciłem do domu. Co to jest pół godziny...? Ręka paliła wtedy jak rozgrzane żelazo. Była bezwładna do końca dnia. Chodzę tylko na basen. Ale tak raczej dla rekreacji. Stoję sobie pod jakimś strumieniem wody i masuję obolałe miejsce. Cała nadzieja w tych sterydach. To bardzo mocne zastrzyki. Przyjmują je osoby nawet po przeszczepach nerwów. Wbija się je w okolice karku – opowiada.

– O wypadku staram się nie myśleć. Czasami jednak wracają obrazy. Strasznie się wtedy wkur...! Nie mogę się pogodzić z tym, że nie gram. Wiele osób mówi mi, że przecież mam już 36 lat. Że pewnie wkrótce skończyłbym karierę. Nie wiedzą, co mówią. Tak bardzo kocham hokej, że mógłbym grać tak długo, jak Marek Pohl z Naprzodu Janów. Choćby i do 45. roku życia. Bylebym tylko pomagał drużynie. Strzelał bramki, asystował. Jeżeli nie byłbym przydatny, to odszedłbym sam.

Przed tym sezonem czułem, że znowu mi się w życiu coś udaje. Zagłębie stanęło na nogi. Mogłem zrezygnować z pracy i skupić się tylko na hokeju. Ale byłem szczęśliwy! Pracę miałem ciężką. Wstawałem i o 3 w nocy. Potem – około 16 – prosto na trening. Czasem nic nie jadłem. Czasem wrzuciłem jakiegoś hot doga na stacji benzynowej. Liczył się tylko hokej! Tak bardzo chciałbym do tego wrócić. Choćby trenować dzieci – podkreśla.

Na ból najlepszy jest trening

– Sumiennie wykonuję wszelkie zalecenia lekarzy. Trenuję już od 7 rano. Ćwiczenie za ćwiczeniem. Rozkładam sobie karimatę w pokoju i pracuję. Ściskam chorą ręką gumową piłeczkę. Zdrowo żyję. Mija osiem lat, jak nie wziąłem do ust alkoholu. Kiedyś było ze mną już źle. Bardzo źle. Nie trafiały do mnie słowa rodziców, przyjaciół.

Młodzi hokeiści Zagłębia (od lewej): Tobiasz Bernat, Rafał Tkacz i Łukasz Podsiadło kontynuuja rodzinne tradycje. Rok 2005Młodzi hokeiści Zagłębia (od lewej): Tobiasz Bernat, Rafał Tkacz i Łukasz Podsiadło kontynuuja rodzinne tradycje. Rok 2005 arch. Gazety Wyborczej

Opamiętałem się dopiero wtedy, gdy dotarło do mnie, że przez wódkę mogę stracić to, co kocham w życiu najbardziej – hokej. Wtedy odciąłem się od nałogu z dnia na dzień.

Miałem w dupie picie, gdy mogłem stracić hokej. Nie chciałem być żulem. Nie chciałem być nikim. Wszystko w życiu zawdzięczam hokejowi.

Wiele mogę dzieciakom przekazać. Jak szturchnąć przy buliku, jak podbić kij, jak walczyć o pozycję... Tyle lat na lodzie, że i doświadczenia się masę uzbierało. Tylko, żeby ta ręka była sprawna. To wszystko wtedy pokażę.

Będę pracował sumiennie i konsekwentnie i jeszcze wrócę. Zaraz po wypadku, jeszcze w szpitalu, byłem pierwszy w sali do rehabilitacji. Wychodziłem z niej ostatni. Lekarze powtarzali, że to nie ma sensu. Że mięśniom potrzeba czasu. Ale ja działałem, jak sportowiec. Na ból i słabość zawsze najlepszy jest trening. Dziś wiem, że muszę być bardziej cierpliwy – zaznacza.

Na Zagłębiu Sosnowiec żerować nie będzie

– Teraz inni chcą zagrać dla mnie. Gdy się o tym dowiedziałem, to poczułem taką dziwną suchość w gardle. No bo jak to? Dla mnie chce ktoś zagrać? Były obawy, czy uda się to zorganizować na lodowisku w Sosnowcu. Koledzy mówili, że jak trzeba, to mecz odbędzie się choćby w Nowym Targu. Poszedłem z tym do Marcina Kotuły, kolegi z drużyny, a dziś kierownika Stadionu Zimowego. „Jak w ogóle mogłeś pomyśleć o tym, że ten mecz może odbyć się poza Sosnowcem?” – pytał i już otwierał drzwi.

Tobiasz Bernat w barwach GKS-u TychyTobiasz Bernat w barwach GKS-u Tychy Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Nie wszyscy są tacy. Spotykam i takich, którzy twierdzą, że chcę wyciągnąć kasę. Odszkodowanie jakieś. Na lodowisku podszedł do mnie jeden człowiek i mówi, że jego ciocia potłukła się mocno na nartach i po dwóch tygodniach już stanęła na nogi. I co w takim razie ze mną jest nie tak? Czy oni tak na poważnie? No brak mi słów... Przecież ja dziecka na ręce wziąć nie mogę. Dobrze, że żyję. Każdy, kto mnie zna, wie, że nigdy się na lodzie nie oszczędzałem. Wiadomo, jak w Janowie traktuje się Zagłębiaków. A mnie tam szanowano. Mówili, że „Gorol”, ale zawsze walczy do końca. Nawet w Zagłębiu nie zawsze tak dobrze było. Najgorzej wspominam czasy za prezesa Leszka Tokarza. Strasznie mnie na koniec gnoił. Gdy byłem dzieckiem, to mu „wujkowałem”, a potem to chyba odgrywał się na mnie, bo był skonfliktowany z moim ojcem. Strasznie to było słabe. Nie zawsze miałem miejsce w Sosnowcu. Trafiłem też do Orlika Opole i GKS-u Tychy. Dzięki temu przynajmniej medal mistrzostw Polski udało się wywalczyć – wspomina.

– Zagłębie to jednak dla mnie świętość. Dowiedziałem się od mojego prawnika, że będzie trudno o odszkodowanie od organizatorów tamtego sparingu. Bo to przecież Słowacja. Powiedział, że mogę spróbować pociągnąć odszkodowanie od klubu. Pogoniłem go. Nie będę żerował na Zagłębiu. Poszedłem z tym do prezesa Marcina Jaroszewskiego. Jestem pod wrażeniem tego, jak mnie przyjął. Jak potraktował. Zapewnił, że klub mi pomoże. Wskazał prawnika, który poprowadzi tę sprawę. „Słowacja to przecież Unia Europejska. Na pewno damy radę” – zapewnił – kończy Bernat.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.