Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jan Rodzoń to jeden z najwybitniejszych działaczy w historii sekcji hokejowej Zagłębia, twórca największych sukcesów sosnowieckiego hokeja. Urodził się 18 października 1931 roku w Mostach Wielkich (miasto w obwodzie lwowskim). Przez całe życie był związany z górnictwem. Jednocześnie pełnił też funkcję działacza sportowego. Był wiceprezesem i prezesem sekcji hokejowej w Zagłębiu. Podczas piastowania tej funkcji zdobył cztery razy mistrzostwo Polski (1980,81,82,83) oraz trzykrotnie srebrny medal (1978, 79, 84) W latach 1984-1988 oraz 1988-1992 pełnił funkcję prezesa PZHL. Przypominamy rozmowę z Janem Rodzoniem, który ukazała się przed laty na naszych łamach.

Jan Rodzoń (pierwszy z prawej) podczas imprezy ''Hokeiści dzieciom'' w grudniu 2010Jan Rodzoń (pierwszy z prawej) podczas imprezy ''Hokeiści dzieciom'' w grudniu 2010 &Fot. Micha Woszczyk / Agencja Gazeta

Wojciech Todur: Został pan prezesem Zagłębia z nadania czy przekonania?

JAN RODZOŃ: Oczywiście, że z nadania. W lutym 1976 roku zostałem dyrektorem kopalni Sosnowiec, no i nie było gadania, bo też jej dyrektor z automatu stawał się wiceprezesem Zagłębia odpowiedzialnym za sporty zimowe, czyli hokej i łyżwiarstwo figurowe.

Na początku miałem wątpliwości, czy to się uda. Kopalnia przynosiła straty, górnicy ani chcieli słyszeć, że mają dzielić się zyskami ze sportowcami. Tak po prawdzie to oni mieli mało do gadania, ale załogę lepiej było mieć po swojej stronie. Wie pan, górnik nie ma łatwego życia. To ciężki zawód – pod ziemią każdy dzień może być ostatnim. Ci ludzie żyli w ciągłym stresie, często zaniedbywali rodziny, topili swoją przyszłość w alkoholu. Wymyśliliśmy, że hokej będzie dla nich odskocznią od trudów życia. Że zamiast przy kieliszku odstresują się przy krążku, że znajdziemy zajęcie dla ich dzieci.

Zagłębie wychowało potem na reprezentantów Polski chłopaków, którzy wywodzili się z patologicznych rodzin.

Od czego zaczął pan swoje rządy?

Wziąłem do ręki pierwszą z brzegu gazetę, żeby zorientować się, kto w tym polskim hokeju rozdaje karty. Na pierwszym miejscu w lidze było Podhale Nowy Targ. Pomyślałem, że nie będziemy wyważać otwartych drzwi, tylko sięgniemy po ludzi, którzy wiedzą, jak osiągnąć sukces. Poprosiłem o pomoc Longina Wilamowskiego, który był na kopalni kierownikiem działu inwestycji. To była dusza sosnowieckiego hokeja. To m.in. on uparł się, że w mieście powstanie sztuczne lodowisko. Należał też do Komitetu Upiększania Sosnowca, a najchętniej „upiększał” miasto poprzez hokej.

Wilamowski – moja prawa ręka – wiedział, że w Podhalu jest taki trener jak Mieczysław Chmura. Świetny fachowiec, ale wtedy skonfliktowany z władzami klubu. Pojechał do Nowego Targu z misją i wrócił z Chmurą.

Za którym zaraz podążyli zawodnicy...

Tak to sobie wymyśliliśmy. Chcieliśmy sukcesu, a w Sosnowcu nie było wtedy jeszcze zawodników, którzy gwarantowali zwycięstwa. Chmura rzeczywiście był skuteczny. Na początek ściągnął do Sosnowca braci Leszka i Wiesława Tokarzów, Marka Marcińczaka, Staszka Klocka, Andrzeja Nowaka. Z Opola przyjechał Adam Bernat, z Oświęcimia Jan Madeksza, a z Katowic Mietek Nahunko i tak dalej... Zaczął tworzyć się zespół. Chmura stawiał na twardy hokej, taki trochę bandycki. Irytował się, gdy zawodnicy dostawali dwie minuty kary „za nic". „Jak już faulujesz, to tak, żeby nie było gola albo żeby tamtego znieśli” – taka była jego filozofia.

Na pierwsze mistrzostwo Polski przyszło wam jednak poczekać trzy lata, do roku 1980.

W 1979 roku zacząłem się zastanawiać, czego nam wciąż brakuje. Z niepokojem dostrzegłem zmęczenie materiału. Natężenie spotkań w lidze i reprezentacji było tak duże, że naszym zawodnikom brakowało sił. Postanowiliśmy zainwestować w odnowę biologiczną. W Polsce mało kto przywiązywał do tego wagę. W miarę dobry ośrodek miała wtedy warszawska Legia. Reszta Polski żartowała, że zamontowali sobie bicze wodne do głaskania tyłków generałom.

Po pomoc pojechałem do Lahti. Zobaczyłem fiński ośrodek przygotowań olimpijskich i złapałem się za głowę. „My żyjemy w średniowieczu!” – pomyślałem. Finowie otworzyli mi oczy na wiele rzeczy. W Polsce myśleliśmy, że najlepiej wejść do nagrzanej do 130 stopni sauny, a potem wskoczyć do przerębla. „To dobre dla frajerów z zagranicy” – żartowali Finowie.

Wybudowaliśmy na Stadionie Zimowym dwie sauny, siłownię, basen z solanką. Mieliśmy też dwie beczki – hokeiści „prostowali” w nich kręgosłupy. Pod szyję zakładało się coś na kształt końskiego chomąta, które naciągało kościec zawodnika. Korzystali z tego przede wszystkim Jobczyk i Klocek. Jobczyk czasami nawet podczas meczów zwijał się z bólu. Masażyści stawiali go na nogi podczas przerw między tercjami.

Mistrzostwo Polski coś zmieniło?

Miałem na kopalni względny spokój, bo już nie było takich, którzy wytykali mi, że finansujemy zespół z funduszu socjalnego. Utrzymanie drużyny nie było tanie. Zawodnikom trzeba było nie tylko wypłacać pensje, ale jeszcze załatwiać dach nad głową. Hokeiści mieszkali głównie na Sielcu, czyli w pobliżu lodowiska. Ale byli i tacy, którzy dostawali domki jednorodzinne. Pierwszy był Heniek Pytel, potem Wiesiek Tokarz też dostał. Każdy polski hokeista chciał wtedy grać w Zagłębiu. Odmawialiśmy, bo przecież nie mogliśmy zgromadzić w Sosnowcu całej reprezentacji Polski. I tak mieliśmy dwunastu kadrowiczów. W tamtych czasach transfery załatwiało się trochę inaczej, ale zdarzało się, że jakiś klub nam się postawił. Tak było z Podhalem, które nie chciało do nas puścić Andrzeja Nowaka.

Co było robić, dogadaliśmy się w tej sprawie z zakładami obuwniczymi, które opiekowały się klubem z Nowego Targu. Te zagroziły, że jeżeli Podhale nie zgodzi się na transfer Nowaka, to oni zakręcą im ogrzewanie. Próbowano nam dopiec na różne sposoby. Pamiętam, jak Emil Nikodemowicz, wtedy trener reprezentacji i Polonii Bytom, zabrał naszych zawodników na niezwykle trudny i wyczerpujący turniej do Związku Radzieckiego. Z dwunastu jedenastu wróciło z kontuzjami. Włodek Olszewski, nasz bramkarz, wyjeżdżał na lód z rozciętym butem, bo napuchnięta noga nie mieściła mu się w łyżwie. Swoich, czyli bytomian, Nikodemowicz już oszczędzał, ale potem była wielka satysfakcja, bo w lidze to i tak my byliśmy górą.

Kolejne tytuły firmował już Czech Karel Mach. Dlaczego skończyła się era Chmury?

Chmura był bardzo pracowity, obowiązkowy i... to go zgubiło. Nigdy nie miał czasu na lekarza, a był poważnie chory. Miał na nogach otwarte, ropiejące żylaki. Zatrudniliśmy Macha, żeby mu ulżyć, żeby nie musiał ciągle stać na tym lodzie. Chmura ciągle obiecywał, że się żylakami zajmie, że wyleczy. Mijały jednak tygodnie za tygodniami, a on wciąż nie miał czasu. W końcu nie wytrzymał nasz lekarz Aleksander Stachura. Posadził mnie przed Chmurą i na siłę podciągnął nogawkę spodni. A tam dramat, otwarte rany. Krzyknąłem: „Marsz do lekarza! Ale już". Chmura niemal przede mną uklęknął. „Jutro. Jutro na pewno pójdę. Ale nie dziś. Dzisiaj mam coś ważnego do zrobienia". To była 8 rano, a o 16 już nie żył... To był zator spowodowany właśnie przez te żylaki.

Macha polecił mi Bronek Lisiecki, który zarządzał wtedy Naprzodem. W Janowie też mieli czeskiego trenera, Ladislav Kominek się nazywał. No i właśnie ten Kominek skontaktował nas z Machem.

Ten był spokojny i konsekwentny. Nie tolerował m.in. gadania o pieniądzach. Na to był czas przed sezonem. Pamiętam, jak przed jednym z trudniejszych spotkań jeden z zawodników zagadnął: „A może dziś premia mogłaby być wyższa?". „Wiesz co? Weź ty się ubierz i idź do domu, bo dla mnie już nie zagrasz” odpowiedział Mach. Wsadził w jego miejsce juniora i mecz wygrał.

Zarządzanie klubem, drużyną, w której aż roiło się od gwiazd i indywidualności, pewnie nie było prostą sprawą.

Z każdym rokiem znakomitych hokeistów było więcej. Niektórych, tak jak Andrzeja Zabawę czy Wiesława Jobczyka, pozyskaliśmy trochę przypadkiem. W 1979 roku padała hokejowa sekcja Baildonu Katowice. Prezes Ciemieniewski sam do mnie zadzwonił z pytaniem, czy nie chciałbym kilku jego chłopaków. W ten sposób zyskaliśmy nie tylko Zabawę z Jobczykiem, ale i Krzysztofa Ślusarczyka. Jobczyk miał duży wpływ na zespół. Poza Tokarzami to chyba tylko on chciał się uczyć. Innych ciężko było zaciągnąć do szkoły.

Czy pili? Jeżeli tak, to w domu. W klubie nikt nie tolerował pijaństwa. Za to wylatywało się z klubu i drużyny. Mieliśmy takiego „asa” z Łodzi – Andrzeja Rybskiego. Dobry hokeista, ale, niestety, miał lekceważący stosunek do innych. Zabalował i wyleciał. Przez sześć miesięcy zasuwał na kopalni. Potem mi jeszcze podziękował za „dobrą szkołę".

Żaden górnik nie zgodziłby się, żeby z jego ciężko zarobionych pieniędzy utrzymywać obiboków. Nie jest prawdą, że hokeiści podchodzili do okienka po pieniądze z resztą załogi. Kapitan drużyny miał osobną listę. Reprezentanci Polski zarabiali więcej. Czasami w nagrodę to i jakiś talon na samochód dostali – na fiata czy ładę. Grali tak dobrze, że rozpuścili kibiców. Gdy zdobyli mistrzostwo na dziewięć kolejek przed końcem sezonu, to kibice przestali chodzić na ich mecze. Złote czasy trwały do roku 1986. Potem odszedł Mach. Zaczęło też brakować pieniędzy, a zawodnicy coraz bardziej naciskali na zagraniczne wyjazdy. Gdyby taki Jobczyk trafił do dobrej ligi w wieku 19 lat, tak jak Mariusz Czerkawski, to pewnie o nim mówiłoby się teraz „najlepszy napastnik w historii polskiego hokeja". Był jednak odgórny nakaz – nie masz 28 lat, to o wyjeździe za granicę nawet nie myśl.

Z czasem w drużynie zaczęło się pojawiać coraz więcej wychowanków.

Taki był nasz cel. Sukces miał zachęcić do treningów sosnowiecką młodzież i to się udało. Pierwsi byli Wiesiek Kozłowski, Krzysiek Morawiecki. Potem dołączyli młodsi – Marek Cholewa, Krzysiek Podsiadło czy Jarek Morawiecki. Nie mieli łatwego życia, bo też „starzy” niechętnie dzielili się swoimi tajemnicami. Te skurczybyki Zabawa i Jobczyk grali tak, żeby zniechęcić każdego młodego. Trener dołożył im do piątki Zdzisława Kozłowskiego – to tak z nim pogrywali, że ten nie wytrzymał i uciekł za granicę. No to daliśmy im Sławka Grędkę. To samo! Nic nie wychodziło. Grędka też uciekł do Francji. Dopiero Jarek Morawiecki dał sobie radę. Miał chłopak talent. Dobrze jeździł na łyżwach, kij mu nie przeszkadzał. Przyjemnie było popatrzeć.

Morawiecki to także największa dopingowa afera w historii polskiego hokeja. Podczas igrzysk w Calgary był pan już prezesem Polskiego Związku Hokeja na Lodzie.

Zacznę od tego, że podczas tego turnieju zadziwiliśmy hokejowy świat. Byliśmy znakomicie przygotowani i chociaż umiejętnościami odstawaliśmy od najlepszych, to potrafiliśmy walczyć z nimi jak równy z równym. Zaczęło się od pechowej porażki z Kanadą. Przegraliśmy tylko 0:1. A pamięta pan, jak Krystian Sikorski przydzwonił w poprzeczkę? Krążek spadł potem bramkarzowi na plecy. W dziewięciu na dziesięć takich przypadków jest gol. Wtedy jednak guma ześlizgnęła się tak pechowo, że zatrzymała się przed linią bramkową.

Potem był mecz ze Szwecją – wtedy mistrzem świata – znowu znakomita gra. Remis 1:1 właśnie po golu Morawieckiego. Następne spotkanie było już porywające – 6:2 z Francją. Morawiecki znowu strzela. Euforia! Po tamtym meczu zostałem zbudzony o 1 w nocy. „Morawiecki ma pozytywny wynik testu antydopingowego” – usłyszałem. Ścięło mnie, bo jeszcze kilka godzin wcześniej czekałem na Jarka, którego akurat wylosowano do kontroli. Było rozluźniony, dowcipkował. Nie rozumiałem, co się dzieje...

Gazety pisały potem o „krokieciku z pasztetem".

Jestem pewny, że zakazany środek dosypano Morawieckiemu do jedzenia. Dzień przed meczem z Francją Morawiecki dostał imienne zaproszenie do Domu Polonijnego. To musiało się stać właśnie tam. Mieli francuskiego kucharza, który dopiero co zaczął pracę...

Dawka, jaką wykryto w organizmie Morawieckiego, była szokująca. Nawet mocno zawyżone normy przekroczył dziesięciokrotnie! To była dawka śmiertelna. Głośno mówili o tym Rosjanie, którzy apelowali, żeby sprawę umorzyć. Szef komisji antydopingowej Belg Alexandre De Merode jednak się uparł. Ukarano nas walkowerem za mecz z Francją, zdyskwalifikowano Morawieckiego.

To mógł być jego turniej! Przed rozpoczęciem igrzysk graliśmy w Kanadzie towarzyskie spotkanie. Miejscowi chcieli wyeliminować dwóch naszych najlepszych zawodników. Z bramkarzem Frankiem Kuklą im się udało – tak go uderzono kijem w rzepkę, że o grze mógł zapomnieć. Na Morawieckiego polował niejaki Jim Pepliński – niby z pochodzenia Polak, a jednak bydlę. Chciał go rozwalić. W końcu Jasiu Stopczyk nie wytrzymał i mówi „Mam się nim zająć? Chętnie się nim zajmę". No i Jasiu tak gościa docisnął do bandy, że go wynieśli ze złamaną szczęką.

Bez Morawieckiego to już nie było to. Zespół się rozleciał. Przegraliśmy ze Szwajcarią. Sędziowie strasznie wtedy nami kręcili. Leszkowi Jachnie nos złamali i... dostał pięć minut kary. Ciągle graliśmy w osłabieniu. Szkoda, że polscy dziennikarze tego nie widzieli. Do Andrzeja Zydorowicza, który komentował tamten mecz dla polskiej telewizji, do dziś się nie odzywam. O tym, że nas ordynarnie przekręcono, przeczytałem za to w niemieckich gazetach.

Czy to prawda, że w sprawie Morawieckiego interweniował sam Aleksander Kwaśniewski, wtedy minister Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej?

Specjalnie przyleciał do Calgary. Chciał wiedzieć, kto pozwolił Morawieckiemu iść na to spotkanie do Domu Polonijnego. Był zakaz, ale zgodę wydał szef Misji Olimpijskiej.

Żal mi było człowieka, gdy Kwaśniewski wziął go w obroty. Wiele w swoim życiu przekleństw słyszałem, ale wtedy miałem wrażenie, że Kwaśniewski zdobył się na wiązankę wartą mistrzostwa świata.

Mówi pan, że Morawieckiemu coś dosypano, ale potem przecież znowu przyłapano go na dopingu.

Pomylono próbki. Jakieś chłopisko jeździło po Polsce i zbierało mocz zawodników, a potem starą furgonetką wiozło do laboratorium bez ładu i składu. Nie ma co do tego wracać.

Hokeiści, reprezentanci Polski często wyjeżdżali za granicę, a potem już nie chcieli wracać. Miał pan z tego powodu jakieś nieprzyjemności?

Dawałem słowo, że wszyscy wrócą, bo inaczej wielu z nich nie dostałoby paszportów. Największy problem był ze Ślązakami. Wielu z nich miało rodziny w Niemczech, więc i pokusa, by zacząć nowe życie, była u nich większa. Pamiętam, jak doszły do mnie głosy, że Piotrek Kwasigroch z Naprzodu Janów nie ma ochoty wracać. Lubiłem tego Piotrusia, więc wziąłem go na bok i mówię: „Chcesz zostać? Proszę bardzo. Ale nie jako reprezentant Polski". Kwasigroch załapał, o co mi chodzi. Wrócił do kraju, a po trzech tygodniach już go w Polsce nie było.

Takich delikwentów zwyczajowo zawieszało się na pół roku. Z Kwasigrochem było podobnie. Ten jednak nie dawał za wygraną i słał pisma, żeby mu tę dyskwalifikację skrócić. I może nawet bym się zgodził, ale patrzę na nagłówek, a tam „Peter Kwasigroch". „O nie, Piotrusiu. Jak ty już jesteś Peter, to sobie od hokeja odpoczniesz".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.