Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Muzeum znajduje się tuż obok siedziby firmy Bat Profi w Będzinie przy ul. Krakowskiej, która zajmuje się sprzedażą akumulatorów. Ale też nie tylko... Bowiem pod tym adresem można odwiedzić jedyne na świecie muzeum akumulatorów. Obie ekspozycje to zasługa Roberta Hendzla, właściciela firmy.

Muzeum akumulatorów w BędzinieMuzeum akumulatorów w Będzinie Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Muzeum forda będzie można odwiedzić już w najbliższy poniedziałek. Przez pierwszy tydzień ma działać od godziny 10 do 19. Docelowo ma być otwarte jednego dnia w tygodniu (prawdopodobnie w czwartek) od godziny 16 do 19. Bilet będzie kosztował 10 zł. W zamian można podziwiać wyjątkową ekspozycję 28 fordów.

Z okazji otwarcia muzeum przypominamy tekst, który ukazał się na naszych łamach 9 listopada 2019 roku.

Ta historia mogłaby się nigdy nie zdarzyć, gdyby nie pewien poirytowany wyczynami syna ojciec. Nastolatek zamiast się uczyć wolał imprezy w nocnych klubach. A dziewczyny podrywał na należący do ojca samochód, sportowy Triumph Spitfire z 1974 roku. W końcu ojciec powiedział: „dość!" i wóz sprzedał. Nabywcą był, na swoje szczęście i nieszczęście, Robert Hendzel, właściciel hurtowni i sklepu z akumulatorami, a jednocześnie posiadacz jedynego na świecie muzeum akumulatorów. Żeby było jasne, to nie jest jakieś liche kilka gablotek, ale poważna, ciekawa i bogata ekspozycja. Wśród gości, którzy się nią zachwycali, był nawet pewien przedsiębiorca z Malezji. Zakup Triumpha Spitfire’a w 2012 roku rozbudził w nim miłość do motoryzacji, a w szczególności starych aut.

Można się zakochać

Na pierwszego forda natknął się w czasie przeszukiwania internetowych aukcji. – To był ford T z 1925 roku. Znajomy spakował go w kontener i wysłał w podróż przez ocean. Tygodnie oczekiwania i wreszcie jest! Uruchomiliśmy go. Był w miarę dobrym stanie. Potrzebna była tylko lekka kosmetyka. Jak usłyszałem pracę silnika, to się zakochałem. Tak się zaczęła choroba, która niestety postępuje – uśmiecha się, wspominając początki kolekcji. Dzisiaj jego wiedza na temat kultowej marki jest zdecydowanie większa niż na starcie, ale sam przyznaje, że przed nim jeszcze wiele do odkrycia.

Agata i Robert Hendzel zakładają w Będzinie muzeum Forda, pierwsze w PolsceAgata i Robert Hendzel zakładają w Będzinie muzeum Forda, pierwsze w Polsce foto: Robert Hendzel

– Podczas zlotów starych aut ludzie podchodzą do mnie i często pytają – „A ile to auto kosztuje?". Nie lubię tego pytania. Jest przecież tyle ciekawszych pytań związanych z historią samochodu. Rozumiem jednak, że taka jest natura człowieka. Pierwszy skonstruowany pojazd Henry’ego Forda to rok 1896. Samochody na początku wieku były drogie, na taki wydatek było stać arystokrację, bogatych przedsiębiorców i ludzi władzy. Ford tymczasem chciał, żeby jego auta był powszechnie dostępnie. W 1913 roku, gdy ruszyła seryjna produkcja Forda T, pracownik jego fabryki mógł kupić samochód za 2,5 pensji. Auto przestało być zabawką dla bogatych. Cena spadła z 850 do 350 dolarów. Dziś można kupić za tyle kierownicę do forda T, albo komplet opon wyprodukowanych na Tajwanie. Liczba tych aut wciąż jest duża, więc jest i zapotrzebowanie nawet na części zamienne – mówi i wyjawia, że koszt zabytkowego forda to dziś ok. 12-13 tysięcy dolarów.

Ford T z 1913 r.Ford T z 1913 r. foto: Robert Hendzel

Szacuje się, że w latach 1908-1927 wyprodukowano 15 milionów fordów T. Około sześć milionów przetrwało do naszych czasów. – To dużo. Zakup takiego auta w Stanach Zjednoczonych nie jest więc wielkim wyczynem. Sprzedają ludzie, którzy z tego żyją. Są pośrednikami. Wyszukują stare modele. Wystawiają na aukcjach. Ale jest i grono osób, które są zaskoczone tym, że po śmierci dziadka odnajdują w stodole stare auto. Nie potrafią go uruchomić, naprawić. Kupowałem też auta od rodziny kolekcjonera, który zmarł, a jego najbliżsi nie chcieli, żeby jego auta skończyły właśnie w stodole – opowiada Robert.

W tej pasji ważna jest również logistyka. Będzinianin korzysta z pomocy człowieka, który mieszka na stałe w USA. To on bierze na siebie organizację transportu. Potem trzeba już tylko czekać. Czasami nawet pół roku. Nie próżnuje. W jego kolekcji jest już 28 aut. – Skupiłem się na fordach T i A. Różnorodność tych aut jest niesamowita. Ford T ma oficjalnie kilkadziesiąt rodzajów nadwozia. W tamtych czasach kupowało się seryjne auto gotowe do jazdy lub jechało się do stolarni, żeby przerobić je na wóz lekarza, straży pożarnej, firmy przewozowej.

Biznesmen zauważa, że Polacy zachwycają się prawie stuletnimi modelami, bo też w Polsce motoryzacja była przez lata strasznie zacofana. – W Stanach Zjednoczonych auta z lat 30. były już wyposażone w klimatyzację, a w Polsce 20 lat później produkowaliśmy Warszawę czy Syrenę. To pokazuje przepaść, jaka nas dzieli. Umknęło nam to, co piękne – podkreśla kolekcjoner.

Skomplikowana sprawa

Liczy się dla niego nie tylko wygląd. Auto musi być również na chodzie. Jeśli polski ślusarz albo tokarz czemuś nie zaradzi, to szuka części zamiennych w Ameryce. Warto się postarać, bo gdy potem wyjedzie na ulicę, to zachwytom nie ma końca.

Jeden z fordów w tworzonym w Będzinie muzeumJeden z fordów w tworzonym w Będzinie muzeum foto: Robert Hendzel

Podziwiający na ogół nie wiedzą, że prowadzenie tego starego auta nie jest proste. W Polsce przed wojną były dwa rodzaje prawa jazdy – jedno na wszystkie auta, a drugie specjalnie na forda T. Żeby auto ruszyło, trzeba wcisnąć jeden z pedałów. Dwójkę wrzuca się specjalną wajchą. Jest jeszcze jeden pedał do jazdy tyłem, a trzeci to hamulec. Manetka gazu i wyprzedzenia zapłonu znajduje się przy kierownicy. Spalanie? Od dziesięciu do piętnastu litrów. Nie ma pompy paliwa. Benzyna spływa dzięki grawitacji. Producent zalecał, żeby bak był wypełniony przynajmniej do połowy. Problem pojawiał się wtedy, gdy paliwa brakowało, a trzeba było wjechać pod górkę. Zalecano więc jazdę tyłem, żeby paliwo spłynęło we właściwe miejsce. Pan Robert, który wie to wszystko, nieprzypadkowo jest członkiem dwóch klubów miłośników forda T w Stanach Zjednoczonych.

W kapeluszu osadnika

Te zainteresowania podziela również jego żona Agata. – Jeździmy razem naszymi „wehikułami czasu" dla przyjemności i na zloty starych aut. Czasem jednym samochodem, czasem dwoma, bo Agata jest również kierowcą fordów, jestem z niej dumny – mówi pan Robert.

Agata i Robert Hendzel zakładają w Będzinie muzeum Forda, pierwsze w PolsceAgata i Robert Hendzel zakładają w Będzinie muzeum Forda, pierwsze w Polsce foto: Robert Hendzel

Na zlocie Retromobil Gala Kraków 2019 pani Agata zdobyła nagrodę za udział w rajdzie jako jedyna kobieta kierowca. Jeździ też motocyklem, a prawo jazdy ma od 18. roku życia. Ich najbliższa rodzina również jest zakręcona na punkcie starej motoryzacji. Uczestniczą w zlotach, pomagają przy organizowaniu wystaw. Wnuczka i wnuczek też mają już swoje pierwsze pojazdy. Na razie na pedały. Małżeństwo wkręciło się na całego. Mają nawet stroje z epoki. No bo jak to tak? Do stuletniego auta w podkoszulku i dżinsach?

– Żona zakłada różne kreacje, w zależności od epoki lub modelu samochodu. Mamy takie auto, które kojarzy się z czasami osadników na ziemiach zachodnich USA. Do takiego forda wsiadam ubrany obowiązkowo w duży czarny kapelusz z płaskim rondem. Mamy też model, który jest określany mianem „doktor". Na przejażdżki nim zabieram stuletnią lekarską torbę, na szyi mam stetoskop i obowiązkowo melonik – opowiada pan Robert.

Muzeum dla przyjemności

Kolekcja jest już tak bogata, że postanowił podzielić się nią z innymi. – Inspiracją były muzea, które zwiedziłem w Stanach Zjednoczonych. To wręcz małe miasteczka. Tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Zwiedzanie trwa parę godzin. Przy okazji można coś zjeść, obejrzeć film, a na koniec kupić gadżety – opowiada. W Będzinie będzie skromniej, ale równie ciekawie. Biznesmen wybudował już halę, która schroni ekspozycję. Dla aut przygotowano 550 metrów kwadratowych.

– Musimy jeszcze zabudować wnętrze. Przygotować pomieszczenia socjalne. Wyłożyć kostką na zewnątrz i możemy otwierać. Chcemy, żeby stało się to wiosną przyszłego roku. Czekają nas jeszcze rozmowy z władzami miasta. Nie chcemy pieniędzy, ale chcemy współpracy. To będzie atrakcja, która wykroczy poza granice miasta i regionu. W pobliżu nie ma żadnego muzeum motoryzacji. W Polsce nie ma żadnego muzeum forda. Otwieram to miejsce dla przyjemności swojej i innych, a nie dla pieniędzy. Jeżeli wprowadzimy opłaty za bilety, to symboliczne – kończy przedsiębiorca.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.