Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W pierwszej edycji plebiscytu RowerPower Sosnowiec zyskał miano gminy najbardziej przyjaznej rowerzystom. Rafał Siciński - który jest odpowiedzialny w mieście za politykę rowerową od 2017 roku - został uznany za najlepszego oficera rowerowego.

Jest aż tak dobrze?

– Nagrody cieszą – szczególnie że przyznawane są przez środowisko rowerowe, czyli osoby, które na tej tematyce się znają. Gdyby za plebiscytem stali, jak to często bywa, urzędnicy, to powiedziałbym – niezależnie od wyników – że nie warto się tym w ogóle zajmować i przejmować. Sosnowiec rzeczywiście wypada nieźle na tle konkurencji... bo niestety konkurencja jest słaba. Miast w naszym regionie, które poważnie traktują politykę rowerową, jest garstka, wśród nich warto wymienić Rybnik.

Rafał Siciński, oficer rowerowy SosnowcaRafał Siciński, oficer rowerowy Sosnowca arch. Rafała Sicińskiego

Województwo śląskie w tej kategorii ciągnie się od dawna w krajowym ogonie – mimo że potencjał mamy ogromny. Stolica Zagłębia nie dokonała w latach 2019-2020 – a za ten okres była nagroda – jakichś spektakularnych inwestycji. Konsekwentnie budujemy drogi rowerowe, a przede wszystkim staramy się to robić bez rażących błędów. Trzeba mieć jednak świadomość, że aby nasze miasto było naprawdę przyjazne rowerzystom, do zrobienia jest jeszcze bardzo dużo.

To kiedy będzie naprawdę dobrze?

– Na pewno jesteśmy już bliżej tego celu niż dalej. Gdy kilkanaście lat temu startowaliśmy z Zagłębiowską Masą Krytyczną, to powiedzieliśmy, że ta będzie odbywać się tak długo, aż codzienna jazda rowerem po Zagłębiu Dąbrowskim będzie tak przyjemna i bezpieczna jak udział w tym wydarzeniu. No i jeszcze kilka edycji ZMK na pewno się odbędzie. Jeżeli urząd marszałkowski i Metropolia GZM wsłuchają się w to, co mówi rowerowe środowisko i pojawią się poważne dofinansowania dedykowane ściśle na budowę infrastruktury dla rowerów, a miasta będą z nich korzystać, to za pięć-sześć lat może być już naprawdę nieźle.

Wszystkie możliwe i potrzebne drogi rowerowe zostaną do tego czasu wybudowane?

– W Sosnowcu budujemy właśnie drogę rowerową przy ulicy Ostrogórskiej. Mamy gotową dokumentację na kolejne przy ul. Zaruskiego i Bora-Komorowskiego, pracujemy nad projektami na ul. Mikołajczyka, Sobieskiego. Ważnym tematem są połączenia rowerowe sięgające dzielnic za trasą S1. Przy okazji budowy szeregu rond na ulicy Lenartowicza pojawi się droga dla rowerów w kierunku Kazimierza. Podobnie ma być przy okazji planowanych prac na ul. Hubala-Dobrzańskiego. Wszystkie te inwestycje są oczywiście istotne dla poszczególnych osiedli i dzielnic, ale nie tworzą jeszcze kręgosłupa komunikacyjnego.

Co jest więc kluczowe?

– Bulwar Czarnej Przemszy, bulwar Brynicy oraz metropolitalne velostrady. To są fundamenty. Przemsza przepływa przez miasto na długości 10 kilometrów. Zrobiliśmy dotąd rowerową trasę na długości nieco ponad dwóch kilometrów. Bulwar Brynicy jest równie istotny. Poprowadzony od ul. Sobieskiego wzdłuż osiedla Naftowa, przez Sobieskiego i dalej do ulicy Kresowej połączy się tam z velostradą mającą biec od strony Katowic.

Pierwotny plan zakładał, że połączenie Sosnowiec-Katowice tylko zahaczy o nasze miasto. To na szczęście już nieaktualne. Velostrada - terenami wzdłuż ulic Wiązowej i Sedlaka - skomunikuje centrum Sosnowca. Po drodze będzie też odbicie na Czeladź i w kierunku Będzina – tak więc Sosnowiec będzie najważniejszym punktem systemu velostrad po zagłębiowskiej stronie. Ważne, żeby zbudować je bez niepotrzebnych kompromisów – jeżeli rowerzysta miałby stać na kilku światłach z rzędu, żeby przekroczyć ulicę Piłsudskiego w rejonie S86, to jest to zupełnie bez sensu. W tym miejscu konieczna jest kładka, dzięki której jazda będzie szybka i bezkolizyjna. Na szczęście podobne projekty realizowane są już również w Polsce, więc mam nadzieję, że Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia stanie na wysokości zadania i powstaną niezbędne obiekty inżynieryjne.

I co dalej? Zostawimy nasze auta w garażach, pod domami i przesiądziemy się na rowery?

– Trzeba być realistą. Tak naprawdę walczymy o kilka procent całego ruchu. Na początek pięć, może siedem. Rowerem nie można dziś płynnie poruszać się po całym mieście. Załóżmy, że byłoby podobnie, gdybyśmy jechali samochodem. Że „Ślimak" nagle by się urywał i nie dawał możliwości przejazdu z centrum miasta na Pogoń. Że aby przeprawić się przez rzekę, trzeba by jechać przez pół miasta. Kto wtedy jeździłby autem? A rowerzyści wciąż zmagają się z takimi problemami. Jeżeli one znikną, to ludzie sięgną po rowery zdecydowanie chętniej.

Z urzędowych danych wynika, że na ulicach Sosnowca jak na razie wciąż przybywa samochodów [ok. 3 tysięcy pojazdów rocznie. Liczba zarejestrowanych aut w mieście przekroczyła 160 tysięcy - przyp. red.]

Jeszcze nie tak dawno między godziną 9 a 13 na sosnowieckich drogach było w miarę luźno. Teraz to się zmieniło. Nawet o godzinie 11 można stanąć w korku. Podobnie jest wieczorem. Gołym okiem widać, że ruch się zwiększa. Co można zrobić? Nie chodzi o to, żeby od razy sprzedać auto i kupić rower. Ale można zacząć krok po kroku zmieniać swoje przyzwyczajenia komunikacyjne. Załóżmy, że wsiadamy w tygodniu dziesięć razy za kierownicę swojego auta, żeby dojechać do pracy, na zakupy, zawieźć dziecko na dodatkowe zajęcia, czy odwiedzić bliskich. Jeżeli z tych dziesięciu tras jedną pokonany pieszo lub rowerem, a w drugim przypadku postawimy na komunikację miejską, to już ograniczymy nasz udział w ruchu o dwadzieścia procent.

Proszę to powiedzieć osobie pracującej na etacie z trójką dzieci.

– Wymaga to oczywiście dobrego planowania i czasami trochę więcej czasu. Ale kiedy uda się nam przełamać, to zobaczymy, że się da. Warto zacząć od krótkich tras lub takich, które pokonujemy często. Może się okazać, że jest autobus czy tramwaj, który jedzie w tym samym kierunku. Jeżeli pracując jesteśmy przez cały czas w jednym miejscu, to rezygnacja z auta do dojazdów może być warta rozważenia. Z czasem dojdziemy do wniosku, że w rodzinie wystarczy nam jedno auto zamiast dwóch czy trzech. Zdaję sobie sprawę, że są sytuacje, że bez samochodu czasem trudno coś załatwić, szczególnie przy dzisiejszym pośpiechu.

Stacja Roweru Miejskiego w SosnowcuStacja Roweru Miejskiego w Sosnowcu Fot. AGNIESZKA STEFANIAK-ZUBKO

Nie zawsze rower będzie najlepszym rozwiązaniem w dotarciu do celu, ale warto zawsze rozważyć inną propozycję niż samochód. Ważne, żeby infrastruktura pozwalała na ten wybór – czyli żeby w przestrzeni publicznej było miejsce dla pieszych, rowerzystów i kierowców.

Czy da się tę przestrzeń sprawiedliwie między wszystkich podzielić?

– Uważam, że tak. Dobrze zaprojektowany pas drogowy powinien uwzględniać potrzeby każdego. Drogi rowerowe muszą być odseparowane od chodników i jezdni – tak jest bezpieczniej. Chodniki trzeba budować na tyle szerokie, żeby dało się minąć dwoma wózkami. Budować dla kierowców ronda i lewoskręty. Likwidowanie miejsc parkingowych, żeby oddać ulicę pieszym, jest dobre, pod warunkiem, że w okolicy powstanie podziemny lub kubaturowy parking. Wtedy wszyscy są zadowoleni. Czasami odnoszę wrażenie, że w Polsce jesteśmy na siebie napuszczeni. Piesi na kierowców. Kierowcy na rowerzystów. Rowerzyści na pieszych. Niestety media często wpisują się w tę narrację w swoich artykułach. Bo przecież to się klika. A w ślad za nimi idą komentarze. I hejt.

Droga jest dziurawa? Źle, bo uszkodzę zawieszenie. Jest remont drogi? Też źle, bo objazd i korki. Budują drogę rowerową – i tak rowerzyści nie będą nią jeździć i na pewno wytną jakieś drzewo. Zamiast dostrzegać pozytywy, wolimy widzieć to, co złe, a przede wszystkim lubimy myśleć stereotypami. Bo tak jest łatwiej, bo to zwalnia z myślenia. Rowerzysta to oszołom. Ktoś rusza wolno ze świateł? Pewnie baba. Wolno jedzie? Dziadek. Motocyklista? Dawca organów. Bmw z ciemnymi szybami. Jakiś Seba. Kierowca TIR-a? Janusz w klapkach. I tak bez końca. Upraszczamy wszystko, żeby pasowało do naszego obrazu świata, że to my zawsze mamy rację.

Zapominamy, że przestrzeń publiczna jest dla wszystkich. Tylko od nas zależy, jak się w niej odnajdziemy. Czy będziemy na siebie krzyczeć i reagować agresją? Czy okażemy sobie szacunek, wyrozumiałość i empatię? Jeżeli ktoś popełnił błąd na drodze, to nie powód, żeby od razu dać mu dwie minuty nauczki za pomocą klaksonu – winowajca i tak pewnie jest już wystarczająco zestresowany. Za chwilę to my możemy się zagapić. Pędząc przez miasto na złamanie karku, zyskamy kilka minut, ale zaryzykujemy swoje i innych bezpieczeństwo – to naprawdę słaby rachunek.

Wygląda, że przed nami dużo pracy.

- Warto się zastanowić, że często sami znajdujemy się w tych samych sytuacjach po różnych stronach. Kierowca jedzie do domu po pracy i na przejeździe z drogą rowerową rzuca wiązankę bluzgów rowerzyście. Potem w weekend ten sam człowiek proponuje swoim dwóm córkom rowerową wycieczkę. Czy wtedy, w podobnej sytuacji, chciałby usłyszeć wyzwiska pod adresem swojej rodziny?

Mam nadzieję, że z czasem odrobimy tę lekcję. Wystarczyło, że wszedł w życie przepis nakazujący zatrzymywanie się przed pasami dla pieszych i nagle wszyscy zaczęli to robić. Czy ktoś wierzył, że tak będzie? Znaki ograniczające prędkość stoją przy drodze od zawsze, ale większość wciąż się do nich nie stosuje. Ale wierzę, że to się też wkrótce zmieni. Jeszcze kilkanaście lat temu jazda po alkoholu też nie była tak piętnowana jak dzisiaj.

A rowery? Czy uratują świat, jak chciałby Peter Walker w swojej słynnej książce? Szczerze mówiąc, nie sądzę. Przyszłość świata zależy od nas samych. Ale zdecydowanie lepiej patrzeć na nią z perspektywy rowerowego siodełka.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.